Najnowsze Wpisy

NAD PIĘKNYM MODRYM DUNAJEM... Komentarze (9)
16. września 2005 17:48:00
linkologia.pl spis.pl

Mój pobyt w Wiedniu, to dziesiątki poznanych ludzi, Bóg wie ile spotkań, rozstań, odjazdów i przyjazdów znajomych i nieznajomych, którzy przyjeżdżali tu z zamiarem wielkiej emigracji. Ileż to razy odwoziłem wielu z nich do obozu w Treiskirchen, skąd odlatywali do Kanady, Stanów Zjednoczonych, Australii, R.P.A... (jednym się udało innym nie) Z niektórymi z nich do dziś utrzymuję luźne kontakty... Nieomal w każde święta znajduję w skrzynce pocztowej kartki z Perth, Adelajdy, Vancuver, Montrealu, Chicago... Choć niektóre twarze zamazał już czas, jest mi jednak miło, że pamiętają... Coś tam kiedyś przecież przeżyliśmy razem...

Jakże trudno jest z tego bezmiaru zdarzeń zdefiniować to, które było najważniejsze. Śmierć, czy miłość, smutek jakichś dni, czy promienną radość nagłego jak błysk słońca zachwytu, zwyczajność czy ekstrawagancję, która zresztą tu nie bardzo kogokolwiek dziwiła...

Paweł po wielomiesięcznej rehabilitacji zdążył już oswoić się z protezą. Zaczynał chodzić nieomal normalnie, tylko trochę utykając. Jednakże w środku był bardziej połamany niż na zewnątrz. Coś w nim się roztrzaskało i choć zostało nieźle posklejane, rysy widoczne były gołym okiem. Zamknął się w sobie, zasklepił na świat, na nieszczęścia innych ludzi. Jego tragedia, jakkolwiek na to nie patrzeć, odmieniła mu na zawsze życie. Zamknęła drzwi bezpowrotnie do nieodległej przecież przeszłości, zwykłego, radosnego bycia w tym, jakże już teraz innym dla niego, świecie. Został kaleką i nic już tego nie mogło odmienić. Nigdy.

Ja u Herr Brugerra czułem się świetnie. Byłem i dyrektorem i sprzątaczką, pośrednikiem i blacharzem, lakiernikiem i deelerem... Kiedy się połapał, że wszystko gra, znikał na wiele godzin krzycząc na odchodnym: “Ich komme Glaich...” i wracał często dopiero na drugi dzień! Było to już po kilku wizytach w jego rezydencji (tak, tak, rezydencji, bo trudno było ten pałacyk nazwać domem), gdzie byłem zapraszany w dowód uznania zazwyczaj na obiady. Mieszkał tam jedynie z młodszą od niego o kilka lat siostrą, której kiedyś w przypływie jakiegoś natchnienia, czy nagłego artyzmu, nie wiedzieć skąd spływającego nagle na mnie łaską Bożą (z wykształcenia jestem bowiem ekonomistą a mechaniki uczyłem się tylko w garażu eksperymentując zawzięcie na mojej nieodżałowanej “Skodzie”), tak odszykowałem samochód, że oniemiała jeszcze bardziej chyba niż ja sam, że nie wspomnę już o Herr Brugerze!

W wolnym czasie spotykałem się z przyjaciółmi, których uzbierała się przez miniony czas spora ilość. Łaziliśmy na Prater, do Wiener Garten. Zwiedzaliśmy barokowy Schloss Schnbrunn, Ring... Jeździliśmy na Kahlenberg, do fantastycznej knajpki w Klosterneuburgu, skąd roztaczał się piękny widok na zbocza Weidling, z których atakując Turków, Sobieski uratował i Wiedeń i Europę przed czymś groźnym dla naszej kultury... A wieczorami, cóż, wstyd się przyznać, w chwilach słabości wsiadaliśmy w autko i jechaliśmy często popatrzeć na wystawę “dziewczynek” okupujących Grtel,- pięknych, długonogich, skąpo ubranych...

Któregoś wieczoru, późnym popołudniem, kiedy już miałem zamykać “mój” handelsplatz, usłyszałem zza płotu:

  • Hej, wpadniesz do nas jutro?

To był Robert, który przyjechał do Wiednia wraz swoją dziewczyną z Krakowa, mniej więcej w tym samym czasie co ja. Mieszkali w ogromnym budynku przy Schlachthausgasse w III Bezirku, a z którymi na zasadzie dziwnych przypadków i splotu nieprzewidywalnych wydarzeń zaprzyjaźniłem się na dobre. To Robert między innymi był jednym z tych, którzy pierwsi dotarli na miejsce wypadku w Krems....

  • Nie. Jutro nie mogę. Mam extra zlecenie od Szefa...
  • Szkoda. Mamy dla ciebie niespodziankę. – Zrobił tajemniczą minę.
  • Wejdź. Pogadamy. Już zamykam.
  • Nie. Nie mam czasu. Cześć, nadjeżdża mój tramwaj. Jak nie możesz jutro, to przyjedź w sobotę...
  • OK. Postaram się....

Niespodzianka właśnie przed chwilą umyła głowę. Była w negliżu. Lekko zaskoczona moim nagłym wejściem. Próbowała nerwowymi ruchami ogarnąć duży kolorowy ręcznik, który co i rusz niesfornie zsuwając się z opalonego, pięknie połyskującego ciała, odsłaniał to i owo...

Przywitałem się.

  • Jestem Joanna. Wybacz. Za chwilę będę gotowa...
  • Jasne. Nie przejmuj się. – Znikła w drugim pokoju.

Robert i Anna uśmiechali się głupawo, z dziwnym rozbawieniem... (c.d.n.)

errad : :

DWA MIZARY. Komentarze (21)
15. września 2005 21:55:00
linkologia.pl spis.pl

W mojej duszy zawsze pobrzmiewała (i pobrzmiewa do dziś) struna romantyzmu, jakby na przekór i jakby wbrew wszystkiemu, doszukując się piękna w zwyczajnej codzienności...

Był grudzień. W kościele panował niesamowity ścisk, atmosfera podniosłości, którą potęgowały te nasze polskie, ściskające serca kolędy, które tam w Wiedniu brzmiały tak cudownie, rodzinnie, swojsko i nostalgicznie.

Gorączka, gorączka, gorączka... Musiałem wyjść. Zaczynało brakować mi tchu, zapewne pod wpływem wypitych przedtem paru szklaneczek białego, pół wytrawnego wina. A że alkohol nigdy nie był tą witaminą, której by mój organizm potrzebował najbardziej, lekko szumiało mi w głowie. Czułem się trochę niepewnie, choć w środku coś we mnie drgało, nagle poruszoną nutą dziwnej wzniosłości...

Odurzony chłodnym, mroźnym powietrzem przeszedłem parę kroków, zatrzymując się nieopodal ławki, przykrytej grubą czapą iskrzącego się śniegu. Zapaliłem papierosa i wtedy dostrzegłem ją... Stała nieopodal. Wysoka, zgrabna, z rozpiętym płaszczem... Spojrzała w moją stronę, zawahała się przez moment i za chwilę podeszła do mnie.

  • Możesz poczęstować mnie papierosem?

Jej piękne, długie włosy opadały na czoło mieniąc się iskierkami topniejącego śniegu. Oczy, usta i nosek były tym, co tworzyło harmonijny i jakby ulotny na ten czas, czarodziejski obraz prosto z bajki Andersena (taka dziewczynka bez zapałek)... Długie rzęsy, smukłość dłoni... Mgiełka jakby nieistniejącej postaci utkanej z gwiazd...

Nie pamiętam jak to się stało ale wyrecytowałem jej wtedy wszystkie pałętające się we mnie wiersze Gałczyńskiego, Tuwima, Staffa. Mówiłem bezładnie o miłości, kwiatach, obłokach, tęsknotach... Opowiadałem o jaskółkach w locie, chabrach i makach wśród łanów zbóż... O koncertach, Chopinie, Czajkowskim, o smutkach i radościach życia... Jak bije serce nocą, jak migoczą gwiazdy, jak plączą się ścieżki życia.... To był erotyk, śpiew duszy, otwarta na oścież brama serca...

Staliśmy tak naprzeciw siebie patrząc i nie wierząc w to co się dzieje. Podeszła i pocałowała mnie prosto w usta, zachłannym, dojrzałym, cudownie smakującym kobiecym pocałunkiem, w którym było coś takiego, co nie pozwoliło mi o nim nigdy zapomnieć... Przytuliła się na chwilę mocno, blisko...

Pamiętam ją... choć znikła na zawsze gdzieś tam w mrokach tej grudniowej zaczarowanej wiedeńskiej nocy... by nie pojawić się już nigdy więcej w moim życiu... (c.d.n.)

errad : :

STABILIZACJA. Komentarze (11)
15. września 2005 01:22:00
linkologia.pl spis.pl

Dziś, kiedy wracam po latach do tamtych wydarzeń zdaję sobie sprawę jak trudny, niepewny i kruchy był to okres w moim życiu. W obcym kraju, wszystko jest obce, inne, pełne niespodzianek, złudzeń, załamań i beznadziei... Niepewność pracy, niepewność jutra i własna bezsilność wobec tej niepewności sprawiają, że świat wokół szarzeje, wydaje się nieprzyjazny, nijaki, bez krzty radości, bez odrobiny optymizmu...

W czwartek rano przyjechał Stefan. Jemu jednemu poza ogólnymi zadrapaniami i przeżytym szokiem nic się nie stało. Wypisał się ze szpitala na własną prośbę. Był niespokojny. Wiedział, że w każdej chwili może przyjść po niego policja. Przecież to on był sprawcą wypadku, w którym jeden człowiek zginął a drugi stracił nogę... Policja wiedeńska działała szybko i zdecydowanie. Groził mu areszt. Jak mi wyjaśnił, w Polsce te pieniądze, które zarobił wystarczą na godziwe życie i najlepszego obrońcę. W Austrii koszty procesu zrobiłyby z niego nędzarza. O 17.00 popędzany uzasadnionym strachem, odjechał do kraju. Zostałem sam.

Nazajutrz rano, około godziny siódmej, zbudziło mnie mocne i zdecydowanie pukanie do drzwi:

  • Bitte die Tr aufmachen... Polizei!

Oczywiście szukali Stefana. Wyjaśniłem, że już tu nie mieszka, że był chory, że wyjechał do Polski... Weszli do kuchni, potem do pokoju, rozglądając się i jakby nie dowierzając, że to prawda i że rzeczywiście go tu nie ma... Sprawdzili moje dokumenty; paszport, ważność wizy, meldunek i legitymację,- czy posiada ważny wpis o zatrudnieniu. Przeprosili za najście i nie omieszkali na odchodnym dodać, że gdyby Stefan przypadkiem się pojawił, ma natychmiast zameldować się na najbliższym posterunku policji... Poszli! Odetchnąłem z ulgą... Choć po dwudziestej pierwszej wieczorem, przyszli jeszcze raz. Widocznie nie wierzyli mi ani na jotę...

Takie ni to rewizje, ni najścia powtarzały się wielokrotnie, aż po jakichś trzech tygodniach, dali sobie spokój...

Mijały dni. Chodziłem już bez kuli, ale ból z każdym krokiem dawał mi do zrozumienia, że jeszcze nie czas do pracy, że jeszcze trzeba poczekać, zaleczyć wszystko jak należy. Pieniądze topniały w zastraszającym tempie. Chociaż miałem jeszcze w portfelu żelazne 150 dolarów przywiezionych z Polski, strach zaczął wytrzeszczać na mnie coraz większe oczy...

Zacząłem wyjeżdżać nieomal dzień w dzień do miasta w poszukiwaniu pracy, poganiany kotłującymi się w głowie wizjami ostatecznej klęski. To była chłodna decyzja, podjęta z uwzględnieniem danego mi przez los ostrzeżenia, by nie wracać tam, przed czym ów los postanowił mnie ostrzec. Nie umiałem się otrząsnąć z tego co się wydarzyło. Nie umiałem o tym zapomnieć i nie wyobrażałem sobie bym mógł zapomnieć kiedykolwiek. Od tego czasu Bogu ducha winne “Renault-4” było dla mnie nie tylko symbolem zła ale i przezorności...

Któregoś dnia, wracając do domu po bezowocnych poszukiwaniach, jadąc szeroką Hernalserstrasse, zauważyłem dość duże “Auto-Schau”. Postanowiłem się zatrzymać, gdyż potrzebowałem prawego lusterka do mojej “Skodziny”, które ktoś wyłamał. Na szczęście obciągnięta siatką na metalowym stelażu brama, była otwarta. Wszedłem między gęsto poustawiane samochody różnych marek i różnych roczników, gdy usłyszałem:

  • Guten Tag. Was winschen Sie?

Wymamrotałem, że potrzebuję lusterka do “Skody”.

  • Ach so. Skoda. Gut Auto.

Oniemiałem. Austriacy zazwyczaj wyrażali się pogardliwie o produktach motoryzacyjnych z bloku wschodniego. A tu naraz taka nobilitacja... Sam wyszukał mi w małej drewnianej szopce to czego potrzebowałem...

- 10 schylling. Ist gut?

- Ja. Danke!

W nagłym odruchu, jakby to było naturalne zapytałem lekko się czerwieniąc, czy nie ma pracy

  • Du bist aus Polen. Ja?

Potwierdziłem. Przypatrywał mi się długo tymi swoimi świdrującymi, bladoniebieskimi oczkami, jakby przewiercał mnie na wylot... by po kilku minutach jakiejś wewnętrznej walki z sobą, oświadczyć: “Na gut”.

Nie wierzyłem. Szczęście. Przypadek, czy wewnętrzna wiara sprawiły, że to co nie udawało się innym całymi miesiącami, mi udało się nieomal z marszu. Miałem pracę i to od zaraz. Jutro musiałem stawić się na godzinę dziewiątą rano. Odżyłem!

Herr Brgerr był Czechem z masowej emigracji politycznej po wypadkach 1956 roku... i chyba to, w głównej mierze zdecydowało o moim sukcesie i jego nagłym zaufaniu. A może po prostu miał tego dnia dobry humor, bo była prześliczna jak na ową porę roku pogoda. Któż to wie?... Zrozumiałem jedynie dlaczego “Skoda” ist gut Auto... (c.d.n.)

errad : :

KREMS. Komentarze (11)
14. września 2005 16:09:00
linkologia.pl spis.pl

Kręta, wąska, asfaltowa droga opadała w dół, wciśnięta między wysoki, kamienny mur z prawej strony i stromy stok z lewej, na którym nieco powyżej bielały ściany winnych piwniczek... Czerwone “Renault 4” zjeżdżało z piskiem opon, gnane nierozważnym pośpiechem, zostawiając za sobą chmurę kotłującego się kurzu... W środku trzech młodych ludzi kłóciło się wzajemnie, jakby ignorując niebezpieczeństwo... Paweł krzyknął:

- Uważaj! Zakręt...

“Renault” szarpnięty nagłym pociągnięciem kierownicy, zachwiał się na ostrym łuku, przeleciał obok znaku “stop” i... z trzaskiem gniecionych blach został odrzucony nagle przez lewy bufor lokomotywy o kilka metrów dalej, uderzając w słup trakcyjny... Wagony z przeraźliwym jękiem i zgrzytliwym wizgotem gwałtownie zblokowanych kół, gniotły zaklinowany samochód niczym papierową zabawkę... Po chwili zapadła przeraźliwa cisza...

Stefan leżał parę metrów dalej, wyrzucony impetem uderzenia na krzak głogu, jęcząc i coś mamrocząc... Był nieprzytomny. Spod poszarpanych i zmiażdżonych blach samochodu zwisał strzęp mięsa i krwi... Nieopodal na połyskliwych torach widać było ostatni wagon... Abstrakcyjna bryła z dwoma czerwonymi latarniami, wyglądała nierealnie i groteskowo... Ludzie biegli z krzykiem, potykając się o nierówności nasypu, wystraszeni, nierealni, ciekawi... Strach i lęk na ich twarzach był w tej chwili jakby naturalnym odruchem... Ukośne promienie zachodzącego słońca wydłużały nierealnie cienie, rozpraszały się w okruszkach rozsypanego w trawie szkła, na odartych z lakieru blachach i kropelkach gęstniejącej krwi... Powoli narastał dźwięk zbliżających się samochodów straży pożarnej i karetek pogotowia...

Ktoś szarpał drzwiczki samochodu, kilka osób pochylało się nad leżącym ciałem... Ludzie zaglądali do środka auta przez szczeliny oczodołów, które jeszcze parę minut temu były oknami... Jakaś dziewczyna wymiotowała, oparta o biało-czerwony, betonowy słupek...

Opowiadał o tym beznamiętnym, ściszonym do szeptu głosem, jakby to wszystko było w nim czymś, na kształt nieakceptowanego, zarejestrowanego w podświadomości a powtarzalnego wielokrotnie obrazu... Obrazu, który chciał wymazać cofnięciem czasu, odwróceniem biegu zdarzeń, a który zapewne wryje się w pamięć na zawsze i będzie powracał po wielokroć w jakichś tam fazach życia aż do śmierci...

Gdy później oglądałem zdjęcia z wypadku, nie mogłem uwierzyć, że ktoś mógł to przeżyć. Sterta żelastwa przypominała samochód tylko w miejscu kierowcy...

Z relacji naocznych świadków wynikało że, Grześ (ten, który mnie zastępował) zginął od razu. W chwili zderzenia siedział obok kierowcy na “moim” miejscu. Jego głowa szarpnięta nagłym uderzeniem, została strzaskana złamanym słupkiem drzwiowym a całe ciało tak było splątane z blachami, że strażacy musieli wyciąć ogromną połać żelastwa, bo nie można było oddzielić jednego od drugiego... Spod oddartej blachy tyłu samochodu, sterczał podobno kawałek urwanej kości piszczelowej z ochłapem mięsa i przyczepionym do niego butem... To była noga Pawła... Wnętrze wypełniała krew... Była wszędzie, przemieszana z szmatami, kawałkami papieru i mazią mózgu... Przerażająco wyglądało coś, co kiedyś było twarzą a z czego zwisała niczym jakieś straszliwe wahadełko, biała kulka oka...

Do domu wracałem nocą... Padał deszcz, rozmazywany monotonnymi wahnięciami wycieraczek. Co chwilę oślepiany światłami nadjeżdżających z naprzeciwka samochodów,- myślałem tym otępiającym sposobem, kiedy to powraca jedna i jedyna natrętna myśl... “Stary” to ostrzeżenie, pakuj manatki i zmykaj do kraju... To mogłeś być ty, ten tam “wkręcony” w blachy... Gdyby nie skręcona noga, to może teraz tą drogą jechałby Grześ...

W jakichś błyskach myśli, powracał odsłonięty przez Stefana kikut nogi Pawła, owiniętej grubo bandażami przesiąkniętymi rdzawo-brunatną krwią... Oczy Stefana, smutne i jarzące się gorączką... Nieprzytomne bredzenie Pawła, który jeszcze nie wiedział...

Brakowało mi tchu. Przy każdym wysprzęgleniu samochodu, igiełki bólu świdrowały mózg... Czyżby los szykował mi powrót “na tarczy...”

Nie można igrać z losem. Nie można walczyć z przeznaczeniem. Nie można ignorować tego, co się stało... Ostrzeżenie zapaliło wszystkie czerwone światełka w moim umyśle, który trudno było wyrwać z uścisku otępienia. Z tego niebezpiecznego wirowania, wokół czegoś co nie mieściło się w dotychczasowych jego ramach, czego nie potrafił jeszcze ogarnąć...

Wolno wjechałem w Gentzgasse, jeszcze kilka zakrętów i zaparkowałem samochód tuż przed wejściem.

Siedziałem skulony w ciemnym wnętrzu auta, zdrętwiały i nierealny. Deszcz bębnił o blachy, ściekał strużkami po szybach, zamazując ginącą w półmroku ulicę, jakby nie miała ani początku ni końca...

Nie wiem ile minęło czasu nim zdecydowałem się wysiąść... Stałem i patrzyłem na bramę, jakby nie wierząc, że mogę tam wejść... Krople deszczu spływały mi po włosach, po twarzy zalewały oczy, przesiąkały przez ubranie... Nie były w stanie jednak spłukać zdarzeń, które się już wydarzyły, zapadły w pamięć na zawsze i nierozerwalnie. Żaden deszcz, żadna burza, żadne inne wydarzenia przeszłe ani przyszłe, nie zamażą już nigdy tej tragedii, która pozostanie gdzieś tam w środku, do końca życia!

Wreszcie nacisnąłem dużą, żeliwną klamkę i wszedłem w ciemną czeluść głuchego korytarza. Z niemiarowym stukotem kuli o drewniane schody, wdrapałem się z trudem na piętro.

Pokój był ponury, nierealny, głuchy i pusty... Tylko firany wydymały się targane podmuchami wiatru na dużych, ślepych oczodołach okien... (c.d.n.)

errad : :

WIEDEŃ (Prolog) Komentarze (15)
13. września 2005 12:03:00
linkologia.pl spis.pl

Na dwa lata przed wprowadzeniem stanu wojennego wyjechałem do Austrii. W kraju już się czuło oddech politycznej gorączki, jednak paszport i wizę otrzymałem stosunkowo łatwo, w czym zapewne dopomogła mi żelazna konsekwencja starannie opracowanej dezinformacji, która brzmiała: “ Jadę na ośmiodniową wycieczkę turystyczną do Grecji i Włoch”. O moich faktycznych zamiarach nie wiedział nikt, nawet w pracy wszyscy byli przekonani, że mój wyjazd jest typowo turystyczny...

I tak oto późną, październikową nocą, wyjechałem w świat, by po kilkunastu godzinach podróży pełnej niezamierzonych “przygód” minąć wreszcie tabliczkę z napisem: “Wien”. Klucząc po nieznanych ulicach i uliczkach, błądząc co chwilę, spocony i zmęczony dotarłem o trzeciej nad ranem do celu. Zobaczyłem wreszcie na szarym, ciemnym budynku wypisaną gotykiem nazwę “Thimiggasse”. Musiałem ujechać jeszcze jakieś trzysta metrów lekko pod górkę nim odnalazłem właściwy numer.

Mieszkanie składało się z dwóch dość obszernych pokoi, z których jeden był kuchnią a drugi równocześnie “salonem” i sypialnią. Stał tam okrągły stół, pod ścianami cztery miejsca do spania, jakaś komódka, na której królował ogromny stary telewizor, a całość umeblowania wieńczyło pięć różnych, rozchwianych krzeseł... Jedynym pocieszeniem w tym wszystkim były dwa ogromne okna, które jednak wyglądały w danej chwili dość smętnie... Odtąd Stefan, Paweł i ja byliśmy skazani na siebie na długi, obfitujący w zaskakujące wydarzenia okres czasu... Przynajmniej tak mi się wydawało...

Następnego dnia o szóstej rano rozpocząłem pracę. Pracę, do której byłem absolutnie nieprzygotowany. Złe obuwie, niestosowne ubranie, kilometry przemierzanych dróg, dróżek i polnych ścieżek sprawiały, że pierwsze dni były dla mnie koszmarem. Po powrocie do domu, umyciu się i zjedzeniu naprędce przygotowanego obiadu, waliłem się na tapczan jak ścięty, przejrzały kłos.

Mijały dni, trudne, jednakie, szare i wręcz mordercze. Powoli zaczynałem przyzwyczajać się do tego trybu życia, w którym poza pracą, jedzeniem i wieczornym moczeniem stóp, nic się nie działo... Spadające z kalendarza kartki oznaczały tylko upływ czasu, zmęczenie, sen i nieakceptowane przez żadnego z nas, poranne wstawanie... Jakby na potwierdzenie tej beznadziei, któregoś razu, skracając sobie drogę na jakiejś wsi, pośliznąłem się na skarpie i spadając z wysokości kilku metrów, skręciłem stopę...

Następnego ranka, nie było mowy o pójściu do pracy. Obrzęk był tak duży i ból tak nieznośny, że każdy krok, każde stąpnięcie stanowiło wysiłek ponad miarę. Zostałem w domu... Wieczorem chłopcy przyjechali z jakimś studentem, który miał zaliczone trzy lata medycyny. Obejrzał stopę, potem ją nastawił, w czasie czego nieomal nie wyzionąłem ducha, powiedział co mam robić i poszedł informując przedtem, że przez dwa tygodnie powinienem zapomnieć o tej harówce. Na odchodnym dodał jeszcze, że jutro przyniesie mi kulę.

Moja rekonwalescencja wymusiła niejako zmianę obowiązków. Na pewien czas, zostałem gosposią do wszystkiego... Kuśtykając robiłem zakupy, smażyłem kotlety, obierałem ziemniaki, sprzątałem mieszkanie... W wolnych chwilach (których było jak na lekarstwo), czytałem, oglądałem telewizję, łaknąc wiadomości z Polski, lub po prostu tęskniłem za tym wszystkim, co gdzieś tam zostało za mną...

Aż nadszedł ten feralny dzień (a był to piątek). Stefan i Paweł nie wrócili na noc... Czekałem, czekałem i czekałem... W środku z każdą chwilą, narastał niepokój dławiony samouspokojeniem, że może po pracy pojechali do tego dwudziesto trzy letniego elektronika, który mnie zastępował, żeby załatwić sprawę naszego nawalonego telewizora, może poszli “w tango” i zanocowali u znajomych, może coś tam, coś tam, coś tam... Kiedy jednak nie pojawili się do godziny jedenastej dnia następnego, zaczęła do mnie docierać natrętna myśl, że musiało stać się coś nieprzewidzianego.

Postanowiłem pojechać na Renweg. Był tam polski kościół, przy którym działała swoista giełda pracy,” agencja” nieruchomości, “agencja” towarzysko-poznawcza i wiele innych potrzebnych na dany czas, usług... Jarmark niezbędnych różności i encyklopedia użytkowej wiedzy. Obok w zabudowaniach kościelnych funkcjonowała mała kawiarenka, w której serwowano piwo, wino i słone paluszki... Nie spotkałem nikogo znajomego, ani wokół kościoła ani w kawiarni, poza jednym chłopcem, który niestety nic nie wiedział... Wsiadłem więc z powrotem do mojej Skody i wróciłem do domu... W drzwiach bielała nagryzmolona nieczytelnym pismem kartka... “Był wypadek w Krems...” i jeszcze jakieś “zamazanki”, których nie potrafiłem odczytać. Serce podpełzło mi do gardła. Była godzina trzynasta. Wziąłem mapę, dokumenty, butelkę minerlnej i ruszyłem...

Do Krems dojechałem przed szesnastą. Odszukałem zwalisty budynek z napisem “Krankenhaus” i wszedłem do środka. W recepcji moim “trudnym” niemieckim, spotęgowanym zdenerwowaniem, wyjaśniałem kilka minut schludnej “siostrze” o co mi chodzi. Nie mogliśmy się za nic dogadać... Patrzyła to na mnie, to na mój kulfon, wspomagany kulą (i już myślałem, że zaraz mnie ucapi), gdy nagle zajarzyła... Jej ładne, duże oczy jakby posmutniały, gdy podawała mi nr pokoju na drugim piętrze.

W sześcioosobowej sali, od razu dostrzegłem Stefana. Miał z lekka pokieraszowaną, opuchniętą twarz... Drzemał. Na następnym łóżku leżał nieprzytomny Paweł. Potem okazało się, że spał odurzony jakimiś uspokajającymi środkami. Podszedłem i usiadłem na skraju materaca obciągniętego bialutkim prześcieradłem. Dotknąłem delikatnie ramienia Stefana - otworzył oczy... i spojrzał na mnie takim wzrokiem, że zrozumiałem iż stało się coś strasznego... (c.d.n.)

errad : :

Kalendarz

pn wt sr cz pt so nd
27282930123
45678910
11121314151617
18192021222324
25262728293031

Ksiega gości

Księga gości

Kategorie postow

world-life | komiksofnia | shiva | cinek3 | nastolatka-2 | Mailing