Kiedy już księżyc zawisł nad pobliskimi sosnami niczym ogromny lampion. Kiedy po kilku wypitych drinkach, zda się mogli sięgnąć gwiazd, prószących lipcowym srebrem, pięknie i nostalgicznie. I kiedy w ich oczach zaczęła lśnić jakaś tęsknota za czymś nie
określonym, przemieszana z marzeniami i jawiąca się niczym baśń, która choć piękna, to przecież zawsze pozostająca tylko baśnią... Umilkli na chwilę...
Napełnił szklaneczki, podał Barbarze papierosa, podszedł z migotliwym płomykiem i patrzył... Patrzył jak się pochyla, jak rozżarza mały ognik, jak sięga po drinka, jak się zaciąga... Widział blask jej oczu, wilgotne usta, dłonie; jedną zwisającą na poręczy fotela i drugą na wysokości policzka... Widział też i tą nogę założoną na nogę, połyskliwą, śmiało
odsłoniętą a zarazem naturalnie piękną... I ten zarys piersi, które przy każdym jej pochyleniu, jawiły mu się przed oczyma, cudownie pełne... I czuł całym sobą wibrujący wokół zapach... Zapach kobiecego ciała, przemieszany z delikatną nutą perfum, unoszącą się w rozedrganym gorączką powietrzu i mieszającą się z zapachem nocy...
Przez moment, przez króciutki moment pomyślał, że na pewno tak się czuje ktoś, kto nieoczekiwanie, w ciemnościach, natrafił na szukany kwiat paproci... Uśmiechnął się...
Wyglądasz cudownie...
Dziękuję. Jesteś miły... – Odwzajemniła uśmiech, delikatnie dotykając a raczej muskając jego dłoń, w której trzymał szkło...
Patrzyli na siebie, słuchali słów, rysujących ich dotychczasowe życia, wypowiadanych miękko, delikatnie i cichutko. Śmiali się z zabawnych epizodów i poważnieli, gdy okazywało się, że drzazgi codzienności potrafiły ranić ich serca, choć w różny sposób, to dotkliwie i jednako boleśnie...
Dwoje l
udzi po przejściach, rzuconych przez los gdzieś do malutkiej nadmorskiej miejscowości patrzyło sobie w oczy, obnażało tajniki serc, błądząc po zaułkach przeszłości i z ufnością sięgało marzeń, które były jakby tuż tuż a jednak ciągle znikały gdzieś za horyzontem...
Barbara pochyliła się i dotykając jego ramienia zapytała:
Która godzina?
Parę minut po północy...
Chodźmy na plażę... Ta noc jest taka zwariowana i cudowna... – A po chwili dodała cichutko, tak cicho, że nie był pewien czy usłyszał to słowo, czy tylko chciał je usłyszeć
: - Nasza... (c.d.n.)